O autorze
Warszawianka rocznik 1970, córka bałkanofila, znawcy historii Europy Wschodniej (zwłaszcza Rosji) prof. zw. Antoniego Gizy. Ongiś dziennikarka prasowa i telewizyjna, z wykształcenia magisterskiego podstawowego: pedagog akademicki, filozof-etyk, literaturoznawca, z pomagisterskiego i podyplomowego: psycholog ds interwencji kryzysowej, psycholog-psychoterapeuta. Przez lata pozarządowiec i koordynatorka ogólnopolskich projektów oraz krytyk literacki i literaturoznawca. Autorka kilku publikacji literaturoznawczych i kulturoznawczych. Od 2011 roku wraz z partnerem prowadzi w Warszawie i Józefowie dwudziestoczterogodzinne dyżury psychologiczne dla osób, które znalazły się w kryzysie pn. "Psycholog24h" FREY INSTITUTE - Punkt Interwencji Kryzysowej, świadcząc pomoc w nurtach: terapii eklektycznej, systemowej, strategicznej oraz krótkoterminowej interwencji kryzysowej. Członkini m.in. Polskiego Towarzystwa Mindfulness, Polskiego Tow. Etycznego i Pedagogicznego oraz Stow. Psychologów Chrześcijańskich. Matka, babka, swatka i szczęśliwie zakochana w wieloletnim partnerze, kobieta.

Statyści, czyli spady z Dwutygodnika.com *

Kiedy jesteś życiowym statystą, żyjesz w cieniu: lęków, partnera, porażek, nie jest ważne, jaką skończyłeś szkołę, kim jesteś z wykształcenia, gdzie pracujesz i jak się nazywasz... Szukasz siebie i głównej roli dla swego życia... Tym łatwiej też przychodzą Ci kolejne kreacje aktorskie.. Na castingach do reklam mówisz, że jesteś aktorem, a w badaniach rynku uczestniczysz jako księgowa w urzędzie, wychowująca troje dzieci, które uwielbiają mleko popularnej marki, podczas gdy jesteś samotną studentką, unikającą mleka z powodu alergii.. Tak, wielu z nas zdarzył się taki epizod.. Oto kilka odsłon z tego "filmu"...

"Prawo Agaty".....

- Ubierzcie stonowane, eleganckie garsonki, weźcie ze sobą strój na zmianę. Zbiórka o 5:15 pod Halą Ursus. - dysponuje esemesem Marysia* z agencji Stars. Industrialna, ciemna, chłodna i wilgotna od deszczu, perspektywa. Trzy małe ciemne grupki stoją w oddali pod kolorowymi parasolami. - Czy to do "Prawa Agaty"? - pytam nieśmiało. To mój debiut. Podsycana przez media oraz marzenia o karierze, karmiąca się mrzonkami, że moje życie może zmienić ktoś za mnie i że nie ja, a na przykład scena, kamera, widownia, obiektyw, nadają mu sens, bawię się wizją bajkowej przemiany w księżniczkę. Jeszcze wierzę, że zaczynam ważny moment w życiu, że właśnie zdarzyła mi się niebywała, zawodowo i finansowo, okazja. - Pięćdziesiąt to dostaniesz za cały, dwunastogodzinny dzień zdjęciowy, a nie za godzinę. - po pięciu minutach wyprowadzają mnie z błędu...- Jak to? Takie kwoty dziś są już chyba niemożliwe? - nie godzę się. - Kiedyś tak, gdy jeszcze sami producenci organizowali ekipę i statystów, a nie agencje – uświadamia mnie Janusz, epizodysta. - Dziś, ponad połowę kwoty, przypadającą na jednego statystę – czyli 200- 250 zł. - zabiera agencja pośrednicząca. A nam wypłacana jest reszta. - tłumaczy. 5:45, zaspana i przemoknięta opiekunka planu kieruje nas do innego wejścia. Samochody ze sprzętem filmowym, garderobą, cateringiem, ekipą oraz większa grupa statystów i epizodystów w togach, już tam są. Wchodzimy do wnęrza hali. Korytarze, pokoiki, charakteryzatornie, toalety, dwie bogato wyposażone garderoby i przebieralnia, dwie duże kolorowe sofy w korytarzu. - Usiądźcie tu na chwilę. Ale potem pamiętajcie, że to miejsca do odpoczynku dla aktorów. - informuje Marysia. Jakby na potwierdzenie tych słów, w korytarz, z wyraźnym – teatralnym "dzień dobry wszystkim!", wkracza dziarsko, przysłonięta ciemnymi okularami, długonoga Agnieszka Dygant, odtwórczyni roli Agaty. Teraz ona i kilka z nas poddane zostaną charakteryzacji. Przez pierwszą minutę czuję się nieswojo siedząc naprzeciwko odbicia lustrzanego Małgorzaty Kożuchowskiej. Potem, tak aktorzy, jak i pracująca w hali ekipa, stają się tłem. Ilość powtórzeń i planów, zgrywanych w zamkniętej, nieklimatyzowanej sali, udającej salę rozpraw, szybko męczą. Naszym zadaniem jest uważny i żywy, ale bezgłośny udział w procesie przesłuchania stron na okoliczność gwałtu. Reagujemy wzburzeni i zniesmaczeni. Lampy i gorące światła, ustawione na publiczność, rozgrzewają twarze i rozpuszczają puder. Ratunkiem staje się komórka przypadkowo dzwoniąca z tłumu statystów. - Czy nikt Państwu nie tłumaczył, jakie zasady obowiązują na planie? - denerwuje się chuda kierownik planu. - Zosiu, zbierz od Państwa telefony. Oddasz je po planie. - komenderuje w kierunku naszej opiekunki. Jednak większość z nas zgadza się jedynie na wyłączenie telefonów. Zosia wychodzi z sali z sześcioma telefonami w pudełku. - No dobrze, wracamy na "pierwsze". Akcja! - decyduje młody reżyser i odpala maszynerię zdjęciową. - Czy Pani nie podejrzewała, jakie mogą być prawdziwe motywy działań pana Kalinowskiego? - pyta prokurator Agata, powódkę. - Nie, przez moment nawet nie przyszło mi do głowy, że on, zamiast umożliwić mi zdanie egzaminu, może chcieć mnie po prostu wykorzystać... - maże się, tłumacząc przez nos, ofiara gwałtu. - Mamy to! Świetnie. Teraz jeszcze tylko bliski! Cisza proszę! Akcja! - inicjuje powtórkę sceny reżyser. O 14:00 wołają nas na obiad. Aktorzy już zjedli. Mnie udaje się wyprosić coś wegetariańskiego. Rozgrzana wracam do grupy. Wieje, ale czasami uda się spotkać słońce i ogrzać kości. Siedzimy pod namiotem stłoczeni blisko siebie, by było cieplej. Jest kawa i herbata. O 15:00 kolejne sceny, jeszcze tylko dwie – zacieramy ręce. Wyciągam aparat. Kasia, zmysłowa brunetka z karminowymi ustami, wypina się do obiektywu. - Właśnie zrezygnowałam z pracy, w której się źle czułam. - zwierza mi się, gdy pytam o obecność na planie. - Szukam dla siebie czegoś nowego. Trochę po omacku, ale od czegoś trzeba zacząć. - tłumaczy. - Mam 39 lat, wiele lat niesatysfakcjonującej pracy, trochę samotności i wielkie marzenia – wzdycha. - Zatrzymajmy się tu przez chwilę – radzę. - Może to tylko Prawo Agaty, a może i właśnie nasze prawo i nasz czas.... Kwituję odbiór 50 zł. Jest godzina 18:00, moja dziesiejsza dziesięciogodzinna praca warta była 5 złotych za godzinę..... Ale jeszcze się nie poddam, jeszcze spróbuję.. - postanawiam. - Może to taka nauka pokory??



"Czas honoru" – Urząd Bezpieczeństwa....



Czerwcowa sobota, 6 rano. Chocimska 24 w Warszawie. Wielka metalowa brama, a nad nią napis: "Państwowy Zakład Higieny". Przy wjeździe na podwórze, zabytkowa tabliczka:" Urząd Bezpieczeństwa. Komisariat XVI. Dom Rządowy". Na podwórzu wojskowe gaziki, cywile, żołnierze Armii Ludowej i Czerwonej z karabinami oraz kilkunastosobowa ekipa filmowa: kable, mikrofony, kamery. Nasz wehikuł, dzięki któremu przenosimy się w lata 50. minionego wieku. Jest nas czterdzieścioro. Mamy stroje, fryzury i makijaże oraz rekwizyty (głównie torby, teczki i siatki), w które zaopatrzyła nas już o 5.rano w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych na Chełmskiej ekipa kostiumowa serialu. Mnie, ze względu na baleyage, przypadły w udziale loki na grubych wałkach i ciasno upięty, wypłowiały czarny beret. Niemniej teatralnie wygląda reszta. Obsiadamy, jak stado wróbli, dwoje wolnych schodów, prowadzących z podwórza. Stykman (nie chce wyjawić swego imienia) znajduje zdezelowany komputerowy fotel i siada okrakiem. Po chwili głośno chrapie. Jest muzykiem i przez całą noc dął w saksofon na ulicy. Paulina, czarnowłosa piękność w dopasowanej garsonce, najwyrażniej cierpi na ADHD wypróbowując, oparte o ścianę budynku, mocno zdezelowane rowery.
Reszta z nas siedzi, bądź leży, na schodach. Gdy zaczyna padać, kryjemy głowy w marynarkach. Obok, stolik z kilkoma butelkami wody, kawa rozpuszczalna za 3 złote, herbata, cukier, 2 litry mleka. O godzinie 11. nasz opiekun ze strony agencji, rozdaje drożdżówki. Schodek niżej, Martyna - sympatyczna blondynka z Warszawy, uczy się arabskiego. Planuje jechać z chłopakiem do Egiptu. Ma 27 lat, wyższe wykształcenie i stały numerek w comiesięcznej kolejce do urzędu pracy. Pierwszy raz w roli statystki. - Wzięłam udział z ciekawości i jestem zadowolona, bo mam zamiar poznawać ciekawych ludzi i miejsca – opowiada. Wolałaby za 10 godzin pracy na planie dostawać więcej niż 50 złotych, nie należy jednak do najgłośniej marudzących. O wiele mniej zadowolony jest Seba, z którym o godzinie 15. gramy tłum na ulicy prowadzącej do UB. Idziemy ulicą i gestykulując, bezgłośnie rozmawiamy.
Sebek ma najwyraźniej dosyć statystowania. Wspomina stare dobre czasy, sprzed kilku lat, gdy z kilkugodzinnej gaży można było utrzymać się przez tydzień. Dziś wystarcza na litr wódki i kiepską zagrychę. - A to ważne, gdy ma się 48 lat i samotne cztery kąty – tłumaczy. - Jestem warszawiakiem, mam wykształcenie średnie techniczne, w życiu gram siebie, a moi znajomi oraz rodzina przyklaskują – opowiada, gdy pytam o powód statystowania. - Nie mam z tym związanych planów, chyba raczej matrymonialne.. - Scena stop! Proszę dubel. Wracamy na "pierwsze"! - woła drugi reżyser. Powtórki trwają 40.minut. Wreszcie, na chwilę można usiąść i biegiem skorzystać z toalety. Schodzimy z rowerów, rzucamy je pod budynkiem i ruszamy przez światła. - Statyści mogą iść na obiad – słyszymy zza placów Rafała, opiekuna. Potem jeszcze tylko kilkanaście dubli i ujęć z wielu planów, sceny wejścia urzędników SB do budynku (dziś mieści się tu oddział Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego), akcje przestawiania aut, podstawiania więźniów i zatrzymanych pod komisariat i wracamy autokarem na Chełmską, gdzie jeszcze tylko przebiórka i zwrot strojów oraz rekwizytów.
I wypłata: 50 zł. gotówką od osoby!.. Jest godzina 18:00. Zdejmuję twarde i źle zbite od środka gwoźdźmi, pantofle, wkładam tenisówki i wsiadam – tym razem już na własny rower. Za kwadrans, z dziejszym wydaniem dziennika stołecznego, świeżym chlebem i doładowaniem do internetu, wchodzę – ku uciesze kota, w próg domu. - Pracowałam dziś znów za niecałe 5 zł. za godzinę.., Kocie - żalę się, zdziwionym zielonym ślepiom

"Przepis na życie"...

Hala Mirowska w Warszawie. Godzina 6.45, ale wokół – tak na straganach, jak i pomiędzy, tętni życie. Od owoców, warzyw, grzybów uginają się metalowe lady. Wybór, że można dostać ocząpląsu. Ale to nie problem dla stałych bywalców porannych ryneczków. To właśnie dla tego wybierania, przebierania, bycia wśród towarów i ludzi podobnych sobie, zrywają się z płytkiego snu, codziennie o 5 rano. Tym bardziej więc z niezadowoleniem i złością utyskują na dodatkowy, nowy kontekst porannych sprawunków.
- Proszę sobie nie przeszkadzać, róbcie Państwo zakupy jak w każdy inny, normalny dzień – instruuje kierownik planu. - Na kamerę i na nas zupełnie nie zwracajacie uwagi. Tak będzie naturalnie, a my sobie szybciej pódziemy – zwraca się do dwójki skonfudowanych staruszków z kraciastymi torbami na kółkach. Tym razem jest nas około 30.osób. Zwłaszcza młode dziewczyny i przystojne kobiety, mówiące z ukraińskim akcentem. Wyciągam aparat i robię kilka zdjęć.
Dwie blondynki zasłaniają twarze dłońmi. Nie rozumiem dlaczego, skoro zaraz staną przed kamerą... - Na wszelky sluczaj. Nada uważaty na łobcych – tłumaczą łamaną polszczyzną. Nasz opiekun każe zająć miejsce tuż pod jednym ze straganów. Ma tu być grana scena rozmowy głównej bohaterki z matką. Kamera potrzebuję zwykłego tłumu, przelewającego się wokół gwiazd, przez bazar. Mamy utworzyć dwa, lustrzane szpalery przechodniów, z których ktoś przechodząc pod straganem – raz po raz, zdecyduje się przyjrzeć z bliska swojemu wybrańcowi: bananowi, jabłku, czy żółciutkiej kurce. Po kliku dublach słyszymy obietnicę, że jak się sprężymy, to za 5 godzin pójdziemy do domu, bo tu jest grana tylko jedna scena z udziałem statystów. Zmotywowani ruszamy z siatkami i torbami wokół stoisk. Ujęcie z nami kręone jest dwie godziny.
O 11.30 półgodzinna przerwa: na kawę, "siku" i bułkę z serem. Siadamy wokół wejścia na bazar i podpierając metalowe ogrodzenie, ściaramy "siedzeniami", kupy gołębi. - Statyści: akcja! - rozlega się zza płotu. - Jeszcze jeden dubel z "szerokiego" – tłumaczy Łukasz, rozdając pomiędzy nas siatki pełne zakupów. - Jak zwykle dał du..y... To już drugi raz w tym tygodniu- podsłuchuję reżysera, Michała Rogalskiego, który wymachując rękami, tłumaczy coś męskiej części ekipy. - Może zagrasz za niego? Jesteście nawet podobni – żartuje inny.
Poruszenie trwa około 40 minut, wreszcie Michał Rogalski, pozwala nam się odmeldować. Domyślamy się, że może chodzći o Borysa Szyca, na którego od godziny czekamy. Dostajemy 40 zł. I obserwując jakimi wozami i motorami odjeżdża z planu na Mirowskiej, ekipa, rozchodzimy się potulnie do domów.

"Hotel 52".....

Dworzec Centralny – 5.45. Biegnę z telefonem w dłoni, nieudolnie omijając kałuże. - Jeszcze 3 minuty. Poczekajcie! – proszę opiekuna grupy, czekającej na mnie w busie. Dobiegam za chwilę, spocona i zziajana, przepraszam, zajmuję miejsce, obok sadzając dużą torbę z dwoma garsonkami na zmianę. Jest już upalnie, ale ja mam na sobie granatowy kostium, koszulę z długimi rękawami, rajstopy i półszpilki. O taki strój prosiła w esemesie agencja aktorska. Teraz dowiaduję się, że kurs jest do Konstancina Jeziornej, do rezydencji, w której drugi sezon realizowane są zdjęcia do Polsatowskiego serialu "Hotel 52", z udziałem – m.in. Magdaleny Cieleckiej i że możemy nie zdążyć wrócić do 18:00 do Warszawy... Powoli zaczynam być zirytowana, bo pani Jolanta z Esperanzy, umawiając się ze mną przyrzekała zwolnić mnie do 16:00. Jednak jadę, sądząc, że to zadanie za 50 zł. dłużej niż do 17. się nie przeciągnie. - Sam Radosław Piwowarski, to na planie powinna panować profesjonalna, zdyscyplinowana atmosfera – myślę, nieświadoma jeszcze ostatnich alkoholowych pomówień pod adresem reżysera. Około 7.jesteśmy na miejscu. - To na razie pierwsza grupa – informuje kierownika planu - młodą brunetkę, nasz nastoletni opiekun. - Państwo macie ze sobą garderobę na zmianę? - pyta druga dziewczyna. - Na razie przebierzemy Was do zdjęć w restauracji – słyszymy. - Panie pójdziecie już ze mną – rzuca ku nam: mnie i mojej koleżance Ewie – niedoszłej archeolożce, specjalistka od kostiumów. Mierzymy, wkładamy, zdejmujemy, patrzymy, zdejmujemy i do prasowania. I tak z pięć razy, aż w końcu wizualny efekt tej operacji zaczyna cieszyć naszą garderobianą i nas same. - Chodźcie już teraz ze mną! Pójdziemy na plan – oznajmia nasza pani kierownik planu, trzymając przy uchu ogromne "walkie talkie".
Posłusznie, w nowych, wyprasowanych sukienkach i w eleganckich butach na obcasach, podążamy za nią. - Niech pierwsza statystka wychodzi, a druga wchodzi – dobiega nas z "radia" instrukcja odreżyserska. - Pani będzie stała przed wejściem – mówi do mnie i wskazuje na wahadłowe drzwi do restauracji nasza kierownik. - Na mój znak, a po tych słowach (tu wskazuje palcem fragment kwestii, wypowiadanych w scenie przez kelnera, pannę młodą i kucharza z tortem) ruszy Pani skosem przez salę, ostentacyjnie zwracając uwagę na siedzącą samotnie - obok przystoliku, zapłakaną pannę młodą – instruuje, wskazując w powietrzu kierunek marszruty.
- Akcja! - dobiega komenda drugiego reżysera, kamera sunie po szynach, a ekipa aktorska zaczyna ożywać. Na znak niepewnie ruszam wzdłuż sali, zaglądając w twarz, pochylonej nad stolikiem, tajemniczej panny młodej. Próby i duble trwają kilkanaście razy. Gramy z "bliskiego", "dalekiego" i "szerokiego" planu. O 13:00, gdy nasze uszy przywykły do dobiegających z reżyserki bluzgów, ogłoszają przerwę. Jest czas na kawę z papierowego kubka, bułkę, papierosa oraz małe "tete a tete" na dopieszczonym słońcem placu. Tym razem są nawet stoliki i krzesła. Rozsiadamy się, powoli dobywając z toreb własny prowiant i włączając telefony komórkowe. Panie zmieniają szpliki na swoje, przemycone w torebkach cichobiegi. Artur, starszy i miły pan, częstuje michałkami. Siedzące vis a vis: Ewa i Alina, poprawiając makijaż, proszą o pamiątkowe fotografie. Do sesji przyłącza się stały bywalec castingów, reklam i planów zdjęciowych: Hayk, Azer, drugi rok mieszkający i pracujący w Warszawie. - Muszę pracować. Szukam. Tam żona z dzieciami – wyjaśnia determinację.
Jeszcze wymieniamy się doświadczeniami z planu, kontaktami, na które warto zwrócić uwagę i zapisujemy adresy zaufanych agencji. - Jutro jest na Polnej casting do reklamy Biedronki – informuje ktoś z grupy. - O której? - Napisali, że od 15. do 19., ale pewno i tym razem przeciągnie się do północy- złowieszczy inny. Jest 16:00, a my nadal na placyku, jak pomidory na patelni. Przyjeżdża kolejna, biznesowa tym razem, grupa statystów.
Zaczynają się kolejne make-upy i przebiórki. - Nie wyrobimy się do szóstej. - informuje mnie, zagadnięty w locie, pan Łukasz. - Jeśli Pani musi wracać, proponuję tędy – ruchem ręki wskazuje drogę wyjazdową z rezydencji i kierunek przed siebie. - Pięć minut drogi stąd jest przystanek autobusowy do Warszawy. - A wypłata za plan? - pytam. - Jeśli Pani rezygnuje, a zdjęcia jeszcze trwają, rezygnuje pani także z gaży. To kwota, którą wypłacamy na konto po całym planie, a nie po kilku godzinach. - słyszę. Po dwóch godzinach oczekiwania na autobus z Piaseczna do Warszawy, zdejmuję w krzakach rajstopy (- Pewno wyglądam jak tirówka w tych haszczach przy drodze – przelatuje mi przez głowę) i wychodzę łapać stopa. Nie mam w portfelu ani grosza, a w okolicznych sklepach nie znają jeszcze e-płatności.

"Chorwacki dokument" ....

Pierwsze zdjęcia nocne.
Tym razem mam czas i większą finansową determinację. - Płacą 80-100 zł. Warto? – dzieląc się z przyjacielem wątpliwością, ważę ten argument. Tym razem stroje mało współczesne, stonowane, ale nie jasne, wygodne buty (choć i tak połowa pań założyła obcasy), jakaś woda gazowana w butelce. Informacje o planie brzmią tajemniczo, ale wiemy, że będzie stojący. Jest 20.30, a zdjęcia mogą potrwać do 8 rano. O 22:00 niektórzy z nas zaczynają głośno i złośliwie marudzić pod adresem ekipy, kręcącej się wokół dwóch, wypożyczonych z salonu, mercedesów i ubranego w odblaskowy, fosforyzujący gajerek, dżentelmena. - To jakiś ufoludek. Co to ma być? Wieniec kwiatów też się świeci, jak psu jajca!? – dodaje sąsiad zza lewego ramienia. 23:00 - rozpoczynamy kolejne zdjęcia. Tworzymy szpaler tłumu, towarzyszący ekipie oficjeli, składającej pod pomnikiem Getta na placu Zamenhoffa, wieniec kwiatów. Ciepła, duszna noc. Po kilkugodzinnych półgodzinnych etiudach, wprowadzania i sprowadzania wieńca przed pomnik, mamy dość. Jest 3.w nocy, zaczyna padać. Stoimy na otwartym placu. Tylko Ci z nas, którzy przyjechali na plan własnymi samochodami, mają gdzie przeczekać. Reszta przykrywa się tym, co ma. Na szczęście przypory deszczu są krótkie i mało intensywne. Mobilizują ekipę i męską parę reżyserską z Chorwacji, która tym dokumentem komentuje i wykpiwa teatralność i powierzchowność historycznego gestu pojednania z narodem Izraela. Ekipa jest wielonarodowa, zdjęcia ze względu na oczekiwany efekt: świecenia, neonowego blasku, sztuczności i widowiskowości, kiczowatości, zaplanowano właśnie dziś w nocy – tłumaczy ktoś lepiej poinformowany.
Jednak do końca planu żadne z nas nie uzyskuje informacji, jaki tytuł nosi film i kto i dla jakiej okazji go kręci. Po godzinie 5. i rozdysponowaniu wypłat, rozchodzimy się – jedni zmęczonymi, inni – bardziej chwiejnymi, krokami do domów. - Nawet za pracę nocną w hipermarketach płacą więcej – myślę....

"Czas honoru" – bomba w teatrze

Tym razem, żeby dostać 60 zł. za plan, musimy przyjść w sobotę rano na przymiarki na Chełmską. W ten sposób ekipa kostiumowa i opiekunowie statystów zareagowali na prośbę Michała Kwiecińskiego, producenta i reżysera, by usprawnić dzień zdjęciowy. Liczba statystów bowiem tym razem wynosi ponad 100 osób. Zbieramy się o 4.45 rano przed Wytwórnią Filmów. Tam, po przebraniu w wybrane i oznaczone wcześniej stroje i po sprawdzeniu obecności oraz podpisaniu umów, wsiadamy do autokarów. Teatr Komedia, tu dziś kręcimy. Scena pierwszej po II wojnie św. premiery teatralnej w stolicy z udziałem oficjeli NKWD, UB i Armii Czerwonej.
W pierwszych rzędach panowie władza, a u ich boków, przywiezione zza granicy, bądź mocno odświeżone, acz nadal urocze, Warszawianki. Długi proces sadzania i dobierania w pary. O 9.00, usadowieni na tzw. pierwszych, czekamy w rzędach widowni na ujęcia. Reszta załogi, grająca role powojennych Vipów, nagrywa sceny wejścia do teatru oraz zdejmowania okryć wierzchnich. Kolejne ujęcia to przywitanie oklaskami gości na widowni, a potem wzruszające przemówienie dyrektora teatru (w tej roli przesympatyczny, choć wielokrotnie mylący się, nie potrafiący zapamiętać kwestii, Zdzisław Wardejn) i scena kluczowa, czyli akcja dywersji w teatrze - próba wysadzenia w powietrze oficjeli.
Statyści dostają chusteczki, by przekonująco odegrać rolę, duszącej się gazem, spanikowanej i załzawionej, publiczności. - Ten gaz nie jest trujący, ani szkodliwy, ale może wywołać pieczenie oczu, gardła i duszności – ostrzega reżyser ze sceny. Scenę powtarzamy kilkakrotnie, w końcu po dwóch godzinach odbezpieczania i zabezpieczania zbiornika z gazem, nad widownią i sceną unosi się gęsty i duszny, smog. Trzeba opuścić i przewietrzyć teatr. O 15:00 w końcu udaje się nam zgrać całość, a Zdzisławowi Wardejnowi opanować tekst przemówienia.
Jeszcze tylko kilka bliskich planów, ogrywamy scenę z kilku ujęć i możemy iść na obiad. Dziś drożdżówki, kawa i grochówka z kiełbasą. Ja zadowalam się drożdżówkami. W przerwie jak zwykle czas na zdjęcia i pogadauchy. Najchętniej pozują starsze panie. Pani Grażyna jest emerytką i babcią, ale od lat z wielką przyjemnością bawi się w statystowanie.
Dla celów towarzyskich i by nie siedzieć w domu. Podobnie pani Hanna, ongiś urzędniczka jednego z większych Urzędów Stanu Cywilnego w Warszawie. - Kiedyś to była aktywność. Ciągłe śluby, znajomości. Zero czasu dla siebie. A dziś, gdy jestem sama i na emeryturze, tylko takie plany zdjęciowe przypominają mi, że w życiu zdarzają się jeszcze wielkie widowiska, święta, podniosłe chwile. - opowiada. - Zwłaszcza, gdy do szczęścia i życia potrzebna nam już tylko uwaga...

"Kobiety są bez wstydu".....

Kameralna uliczka na tyłach Placu Wilsona. Chłodny i deszczowy dzień. Wzdłuż ulicy, przed jedną z kamieniczek kilka przyczep i samochodów Studia Akson. Toalety, garderoby, kuchnie na kółkach. Czekamy do charakteryzacji i przebieralni. Teraz przygotowywani są odtwórcy głównych ról: Anna Dereszowska (grająca dziś wróżkę ze Szczecina), Michał Lesień, wcielający się w głównego bohatera-uwodziciela i Joanna Liszowska. Ze statystów jesteśmy tylko we trójkę. Ja, Zosia, 35-letnia urzędniczka i zarazem prezeska stowarzyszenia i sympatyczny, stały bywalec rozlicznych planów, pan Zdzisław – dydaktyk z wyższej uczelni. - Proszę nie robić zdjęć! – upomina mnie reżyser "Kobiet" (produkcji TVP), Witold Orzechowski, gdy nieroztropnie uwieczniam Annę Dereszowską w akcji. - Przepraszam – odpowiadam skruszona i na razie wyłączam komórkę.
Na pierwszy ogień idzie pan Zdzisiu, który gra dziś pierwszego klienta wróżki. Jego zadanie polega na siedzeniu przy stoliku na przeciwko i kiwaniu głową, tudzież reagowaniu na nagłe ruchy i zmiany akcji. Podobnie ja. Siedzę wpatrzona w przestrzeń przed sobą. Wodzę głową za poruszającą się i gestukulującą, Dereszowską. Kamerę mam za sobą. Po lewej stronie ucha, a zaraz i na policzku, zaczynam odczuwać gorące ciepło, wpatrującej się we mnie przez szybę, lampy. Mam przeglądać zdjęcia, a gdy moja rozmówczyni wstanie od stolika i zwróci się w kierunku Michała Lesienia, z zaciekawieniem odwrócić głowę, spojrzeć na nią i przytakująco pokiwać głową. Zaliczamy z tą sceną dwanaście dubli, potem dogrywamy "bliskie". O 13:00 robimy małą przerwę na przeniesienie sceny z bibliofilskiego salonu do przedpokoju. Tu nagramy moment wejścia Lesienia. Po przebraniu i małym makijażu, zajmuję pozycję w drzwiach wejściowych. Wchodzę do gabinetu wróżki z gazetą "Wysokie Obcasy" w ręku i z zaciekawieniem przyglądam się scenie z walizkami. Potem jemy obiad, tym razem w gronie aktorów i razem z nimi, bowiem nie ma nas wielu. O 16:00, po dwugodzinnych lekturach, dyskusjach i spacerach, dowiadujemy się, że możemy iść już do domu. - A co z kasą za plan? - pytam Zosi - Nie wiem, trzeba pytać w Scenerii. Sceneria, to agencja, która zleciła nam dzisiejsze zdjęcia. Niestety, do dziś nie dostałam jeszcze za ten plan obiecanych 60 zł. Podobnoż producent nie zrealizował jeszcze faktury za tamten dzień zdjęciowy...

"Na krawędzi" ....

7:00 rano. Ostatni dzień lipca. Krakowskie Przedmieście 6 - Klub Harenda. Kilkadziesiąt osób siedzi na wolnych miejscach we wnęrzu klubu. Ładna dziewczyna sprawdza listę obecności. Mamy dziś sceny w pubie, stroje miały być więc luźne, nowoczesne i młodzieżowe. Wiedziona instynktem biorę ze soba notebook. Może uda się za nim schować i trochę popracować. W efekcie z zaległą pracą pisemną niewiele mam kontaktu, za to laptop profiluje charakter mojej osoby, jako statystki.
Okazuję się być bizneswomen, która w towarzystwie młodszych męskich współpracowników opija w knajpie jakiś zawodowy sukces, prezentując powód spotkania. - Proszę, Pani tu sobie usiądzie – wskazuje miejsce przy stoliku, Michał Ozierow, drugi reżyser serialu. - Proszę rozmawiać z kolegą, uśmiechać i bezgłośnie coś opowiadać, raz po raz pokazując coś w laptopie – instruuje. Mój sąsiad z naprzeciwka potakująco kiwa głową, kartkując rozłożone na stoliku kartki. - Ale proszę nie patrzeć cały czas w kartki. Dyskretnie – prosi reżyser, Maciej Dutkiewicz. - Uczę się norweskiego. Chcę jechać do pracy jak tylko skończę studia– tłumaczy Michał. Po naszej prawej stronie, przy stoliku, próbują scenę Przemysław Sadowski, Marek Bukowski, Agnieszka Warchulska i Maja Hirsch.
W pubie robi się gorąco nie do wytrzymania. Po 2 godzinach trzeba uruchomić dodatkowe wiatraki, bo sala jest wewnętrzna i nie ma okien, a na dworze panuje upał. Co chwilę statystki, wybrane do kelnerskich ról, przynoszą nam i zaraz zabierają, szklanki z rozcieńczonymi sokami i bezalkoholowym, obrzydliwym piwem. - Chociaż orzeszki słone są do zjedzenia. - cieszy się ktoś przy sąsiednim stoliku. Tych kilka ujęć wewnątrz klubu Harenda zajmuje nam czas do 18:00. Jeszcze tylko jakaś ogórkowa i kanapki i może wypłata. Staramy się myśleć pozytywnie, choć ekipa zdradza zdenerwowanie, sugerując zachowaniem, że to jeszcze nie koniec.
Posileni i wymęczeni upałem dowiadujemy się, że wypłata będzie, ale pod warunkiem, że pojedziemy z ekipą na plan nocny. - Za ile? - pada nieśmiałe pytanie. Po godzinnych przepychankach na placu przed Harendą, reprezentant Archetyp Studia informuje, że wybrani statyści jadą z nim i z ekipą na plan nocny na Wolę, gdzie po zakończeniu planu otrzymają 70 zł. Gdy palec młodego człowieka zatrzymuje się na wysokości mojej osoby, stanowczo odmawiam, prosząc o wypłacenie obiecanej kwoty. Po 20 minutach z 60 złotymi w dłoni odchodzę zmęczonym, acz swobodnym krokiem, w kierunku mojego Mokotowa. To był mój ostatni plan zdjęciowy.......



Podczas swojej przygody poznałam kilkuset ludzi. Wśród nich byli starzy i młodzi, pracujący i bezrobotni, bogatsi i biedniejsi. Zauważyłam też, że nie najważniejszym sumptem do takiego trybu życia i tego typu wyborów były okoliczności finansowe. Dziś myślę, że wszyscy w jakimś okresie życia możemy być – krócej lub dłużej, statystami. Gdy brakuje nam siły, wiary i możliwości do podjęcia kolejnego, pierwszoplanowego kroku. W stronę: uwagi, szczęścia, miłości, zadowolenia z siebie, czy choćby cieszenia się małym.

* Tekst ten został napisany na zamówienie Dwutygodnika.com, jednak redakcja tego internetowego medium kulturalnego, odmówiła mi publikacji. W związku z tym postanowiłam Państwa zapytać o zdanie i opinie na jego temat....

* imiona moich bohaterów zostały zmienione


Joanna Giza
Trwa ładowanie komentarzy...