O autorze
Warszawianka rocznik 1970, córka bałkanofila, znawcy historii Europy Wschodniej (zwłaszcza Rosji) prof. zw. Antoniego Gizy. Ongiś dziennikarka prasowa i telewizyjna, z wykształcenia magisterskiego podstawowego: pedagog akademicki, filozof-etyk, literaturoznawca, z pomagisterskiego i podyplomowego: psycholog ds interwencji kryzysowej, psycholog-psychoterapeuta. Przez lata pozarządowiec i koordynatorka ogólnopolskich projektów oraz krytyk literacki i literaturoznawca. Autorka kilku publikacji literaturoznawczych i kulturoznawczych. Od 2011 roku wraz z partnerem prowadzi w Warszawie i Józefowie dwudziestoczterogodzinne dyżury psychologiczne dla osób, które znalazły się w kryzysie pn. "Psycholog24h" FREY INSTITUTE - Punkt Interwencji Kryzysowej, świadcząc pomoc w nurtach: terapii eklektycznej, systemowej, strategicznej oraz krótkoterminowej interwencji kryzysowej. Członkini m.in. Polskiego Towarzystwa Mindfulness, Polskiego Tow. Etycznego i Pedagogicznego oraz Stow. Psychologów Chrześcijańskich. Matka, babka, swatka i szczęśliwie zakochana w wieloletnim partnerze, kobieta.

Szczecin wielonarodowy - Naród szczeciński

Ich losy są szalone, nieprawdopodobne i gdyby nie nieprzewidywalny splot okoliczności historycznych oraz Miłość, która nie zna granic i nie ma ojczyzny, ich drogi z pewnością nigdy by się nie zeszły, a nogi - nie dotarły do Szczecina. Pomimo zakorzenienia na odległych kontynentach, mimo różnicy: języków, kultur, obyczajów, wyznań i przyzwyczajeń (choćby kulinarnych), mówią: „jesteśmy szczecinianami”, a ich sny, pomimo trosk i tęsknot, rozgrywają się już tu, nad Odrą. Przedstawiamy Państwu reprezentantów szczecińskich mniejszości: narodowych, etnicznych i wyznaniowych. Czyli obywateli szczecińskiego: wieloetnicznego, wielojęzykowego i wieloreligijnego narodu. Przyjrzyjcie się i doceńcie, Szczecinianie - w jak pięknej mozaice żyjecie i jak różnorodną strukturę tworzycie!

Od dawna wiemy, że Pomorze Zachodnie, a w nim Szczecin, to mozaika wielokulturowa, tygiel wielu narodów, grup etnicznych i wyznań. Przed wiekami Szczecin zamieszkiwali Duńczycy, Szwedzi, Francuzi, Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie, Litwini, Tatarzy. Wśród nich nie brakowało Żydów i Cyganów, ale także reprezentantów innych nacji i kolorów skóry. Dziś w Jego kolorycie społecznym mamy jeszcze m.in. Afrykanów z Ghany, Nigerii i Maroka, Kubańczyków, Indian z Meksyku, Wietnamczyków, Wenezuelczyków, Kurdów, Łemków, Tajów, Karaimów, Hindusów i nawet Panamczyków. Ostatnio do mniejszości wyznaniowych dołączyli także mormoni, poszerzając tym samym naturalny ekumenizm szczecinian o kolejną, obok: katolików, protestantów, ewangelików, zielonoświątkowców, prawosławnych, buddystów, jehowych, judaistów, krisznaistów i muzułmanów, grupę wyznaniową i światopoglądową. Jeśli chodzi o liczebność Szczecin jest dziś najliczniej zamieszkiwany przez Niemców, Ukraińców, Greków, reprezentujących mniejszość narodową oraz Żydów i Romów, należących do mniejszości etnicznych.



Szczecińscy Kalderaszowie i Lovari

Łakatosze od lat mieszkają na Bogusława w Szczecinie, nieopodal byłego Duetu
. W środowisku lokalnym od pokoleń, czyli od lat 60. uchodzą za szlachetnych, godnych zaufania, życzliwych. No i – co nie bez znaczenia – bogatych. – To zdaje się najbardziej szczecinian w nas intryguje – opowiada z przekąsem 40-letni Bogdan Łakatosz, do niedawna mieszkaniec okolic deptaka, dziś Kijewa. – Bardzo kochamy naszych sąsiadów, tu w Szczecinie jest nasz dom i nasze rodziny, nasza historia. Ci, którzy nas znają, przyzwyczaili się, że musimy mieć swoje tajemnice, że nie wszystko w naszej kulturze i w życiu jest na sprzedaż i że to nasze zamknięcie i nieuzewnętrznianie prywatnych spraw, nie oznacza mafijnych powiązań, czy przestępczego charakteru. – tłumaczy. Kiedy pytam, kto ze znanych Cyganów dziś mógłby uchodzić za ambasadora ich spraw, wskazują Edytę Górniak (krążą plotki, że jeden ze szczecińskich Romów mieszkających na Rajskiego w latach 90. pisał dla niej piosenki i brał udział w jej koncertach) i Bogdana Trojanka ze Szczecinka, muzyka grupy „Terne Roma”, urodzonego w Sławnie i zakochanego w Pomorzu Zachodnim. Szczecińscy Cyganie są bardzo ze sobą zżyci, od lat utrzymują bliskie relacje rodzinne z członkami wszystkich rodzin romskich, ale nie stronią także od kontaktów przyjacielskich z sąsiadami, których jednak nie wtajemniczają w swoje sprawy. Zwani ostatnio poprawniej Romami, stanowią najbardziej ciekawą i przy tym, najmniej poznaną, społeczność tego miasta. Europejczycy przez wieki nazywali ich: „Egipcjanami”: „Egyptiano”, „Gitano”, „Gitan”. Stąd być może nazwa Cygan. Jednak oni sami wolą utożsamiać się z Romani Chiavi - co znaczy: „synami Ramy”. Cyganie ze Szczecina wierzą więc, iż Chavo są potomkami bohaterów, poszukujących nowego miejsca do życia i uciekających przed niewolnictwem. Dlatego największą wartością jest dla nich niezależność. Także finansowa. Niestety, Szczecin nie był zbyt gościnny dla Cyganów i dziś większość pobudowała się na obrzeżach miasta. – Jeszcze nieliczni mieszkają na Kadłubka, Niemcewicza, Jagiellońskiej, Śląskiej, obok Rady Miejskiej, na Bogurodzicy, ale najwięcej ich mieszka teraz właśnie w Kijewie. Tam są najbogatsi. - Rzeźby lwów przed bramą, kilka najlepszych samochodów, dużo złota i gotówki, wszędzie czysto i bezpiecznie i masa tajemnic – opowiada pani Brygida z ulicy Rayskiego – To bardzo porządni ludzie, uprzejmi, bardzo religijni, ale – jak w każdej społeczności – i tu są czarne owce: oszuści, złodzieje, bandyci, pijacy…- Cyganie szczecińscy wciąż intrygują i ciekawią, choć coraz lepiej zasymilowali się z lokalną społecznością. Choć szczecinianie tęsknią za czasami, gdy tu – na Rajskiego mieszkał Król Cyganów, nie chcą wracać. – Było, minęło. W zachodniopomorskim żyje dziś ponad 700 Cyganów, ale tak naprawdę nikt nie zna dokładnej liczby. Polskę zasiedlają – od XIV w. gdzie, wyemigrowawszy z północno-zachodnich Indii, dotarli, przedstawiciele czterech grup: Polska Roma –potomkowie emigrantów z terenów Niemiec (najbardziej liczna grupa zamieszkująca całą Polskę , wędrująca taborami aż do lat 80., wśród których byli handlarze końmi, muzycy, weterynarze oraz kotlarze); Bergitka– potomkowie osadników, zamieszkujący dziś tereny południowej Polski (to ich władze PRL najszybciej wdrożyły do programu aktywizacji morskiej przy budowie „socjalistycznej ojczyzny”); Kalderaszowie – jedna z najbardziej wyspecjalizowanych, profesjonalnych i przez to najlepiej opłacanych grup morskich w zawodzie kotlarstwa (dlatego najwięcej ich przez lata zachodniopomorskiej świetności mieszkało w Szczecinie, w bogatych dzielnicach i w dużych mieszkaniach oraz willach; ich strój był bogaty, charakterystycznie zdobiony srebrnymi i złotymi guzikami; do dziś uchodzą za elitę wśród samych Romów, potrafiącą zadbać o własne interesy); Lovari – emigranci z Siedmiogrodu, kiedyś utrzymujący się głównie z handlu końmi, dziś handlujący samochodami (oni stanowią najliczniejszą grupę szczecińskich Romów; rozproszeni są po całym regionie i kraju, stanowią najbogatszą i najlepiej zasymilowaną, elitę). W Szczecinie najbardziej znaną rodziną LovariŁakatosze. Żeby przetrwać, Romowie zwykli akceptować dominującą religię kraju, w którym żyli; był to jedyny możliwy i skuteczny sposób na uniknięcie religijnych prześladowań. Tak też sprawa wygląda w Szczecinie. Większość Cyganów praktykuje katolicyzm i systematycznie chodzi do kościoła, jednak nadal aktualne jest romskie powiedzenie: Cygan idzie dwa razy do kościoła; pierwszy raz - żeby być ochrzczonym, drugi - żeby być pochowanym. Niezależnie od wiary w Kościół, Romowie uroczyście obchodzą dni niektórych Świętych. Czas ten celebrują zwykle specjalnymi posiłkami - daniami oraz napojami; zapraszając naturalnie, do wspólnego świętowania krewnych i przyjaciół. Charakterystycznym motywem jest skupienie się na zewnętrznej oprawie święta, spośród których to motywów wątek wspólnej biesiady bierze górę. Legendą już obrosły spotkania szczecińskich Romów na cmentarzu Centralnym w gronie najbliższych, których pamięć świętują, jedząc i pijąc oraz wspólnie tańcząc wokół nagrobków.
Znamiennym obrzędem, obchodzonym ku czci jednego z obwołanych Świętych, jest też Dzień Św. Mikołaja, wyprawiany w połowie grudnia. Typowa rodzina cygańska charakteryzuje się dużą ilością dzieci; według maksymy: dużo dzieci – dużo szczęścia. Miłość macierzyńska jest wśród Romów przysłowiowa, nakazuje otaczać je opieką nie tylko członkom danej rodziny - matkom, ojcom, rodzeństwu, ale nadto swoistym duchom opiekuńczym. Wiara w owe duchy, „wieszczki losu”, występuje do dziś w szczepach szczecińskich rodzin Kelderari i Lovari. Jednym ze środków zapewnienia szczęścia i odpędzania nieszczęść są amulety i talizmany, które przydają się zwłaszcza młodym, jako istotom szczególnie narażonym na wpływ czyjegoś „złego spojrzenia”, zadającego urok. Jednym z obrzędów, usuwających zły czar jest więc chrzest, jednak w mniemaniu Cyganów ma on bardziej magiczne – znaczenie, niż w katolicyzmie.

Aleksandra Łukaszewicz i Federico Izrael Alcaraz Velasco

Choć w całej Polsce Meksykan o takim nazwisku jest zaledwie kilku, Federico Izrael Alcaraz, wziął sobie za punkt honoru połączenie krwi indiańskiej z polską. Od kilku lat jest szczęśliwym mężem szczecinianki, z którą już całkiem sprawnie dogaduje się w swojej łamanej, hiszpańskobrzmiącej polszczyźnie. Jednak najbliżsi: żona i dzieci, ze zrozumieniem go nigdy nie mieli problemów. - O Meksyku marzyłam i śniłam od dawna – opowiada z półprzymkniętymi powiekami, Aleksandra Łukaszewicz Alcaraz, Jeszcze niedawno – nowopoślubiona. - Po raz pierwszy do mnie przyszedł w postaci marzenia kulturowego, gdy miałam 15 lat - w tym wieku w Meksyku urządza się dla dziewczynek uroczystość 15 roku życia, kiedy stają się symbolicznie kobietą. Ja też tak chciałam wejść w ten moment. Wtedy jednak nie pojechałam. Za to udało się jej to siedem lat później. Niestety, poza pięknymi wspomnieniami, przywiozła wówczas stamtąd rozczarowanie i … syna..Dziś Szczepan, jej pierwszy syn z tego pierwszego małżeństwa, kończy gimnazjum. – Jednak wciąż coś mi mówiło, że ten Meksyk na mnie nadal czeka, więc gdy symbolicznie czas zatoczył kolo następnych 15. lat, zrobiłam kurs wycieczek zagranicznych, zabukowałam lot oraz zorganizowałam wyjazd i pojechałam. – opowiada Ola. – I to był odpowiedni czas, bo mój obecny mąż właśnie dwa tygodnie wcześniej zmienił pracę z dziennikarza na … recepcjonistę w hotelu, do którego właśnie przywiozłam, jako pilotka, grupę polskich turystów. Nie licząc 60-letniej lokalnej przewodniczki, która odebrała nas z lotniska, Federico był pierwszą osobą, którą spotkałam w Meksyku. Po prostu stał i na mnie czekał i... zakochał się od pierwszego wejrzenia... Aleksandra, jak to feministka i poważna, pełna wątpliwości, obaw i dylematów, filozofka, tych wejrzeń - by się zakochać, potrzebowała o wiele więcej, choć już wtedy czuła, że to tylko rozpaczliwa obrona przed uczuciem i nieuchronnym Losem. Kiedy więc nadszedł czas kolejnej wycieczki do kraju Don Kichota, postanowiła odszukać ukochanego, który, by o nim nie zapomniała i szczęśliwie znalazła drogę do domu, obdarował ją przed wyjazdem talizmanem z zapisem swojej daty urodzenia w języku Majów i zakładką do książki, by go nieustannie miała na myśli. – Ale najwyraźniej wyrył się na moim ciele – wspomina Olga – Przed naszym rozstaniem napisał na mojej skórze wiersz autorstwa Mario Benedetti, bym czekała. I nie mogłam nie czekać… Federico Izrael Alcaraz Velasco, aby zobaczyć i zdobyć swoją piękność, przyleciał ponad 2 tys. km z Meksyku na Jukatan do Playa de Carmen, gdzie Ola na koniec trasy zatrzymała się z grupą na trzy dni. Zanim doszło do ponownego spotkania, musiał, nie mając kontaktu z ukochaną, ani nawet pewności, że przyjedzie, czekać na deptaku pod Starbucksem ponad 5 długich jak wieczność godzin, podczas gdy Ola się spóźniała i byłam poza zasięgiem...Ale jak już dojechała, wiedzieli, że wykonali plan. Federico był w Meksyku wziętym dziennikarzem po studniach na UNAM-ie (Autonomicznym Uniwersytecie Meksyku). Pracował w „Diario Transition" w Puebli i i w „Monitorio Universal" w stolicy Meksyku. Ze sprawą religii także nie mają problemu, gdyż nasze kraje pomimo różnic historycznych, podobnie czerpią z katolicyzmu i podobnie otwierają się na ekumenizm. - Przynależę do Kościoła Katolickiego, ale w sposób czysto formalny – tłumaczy łamaną polszczyzną Federico. – Podobnie ja, po okresie oficjalnego wystąpienia, teraz – ze względów formalnych, do kościoła powróciłam. – dopowiada Ola. Jak wszyscy Meksykanie, Federico jest „mieszanką” Indian i Hiszpanów
. Hiszpan-praprzodek, nosił nazwisko Alcaraz, które pochodzi z środkowo-zachodniego wybrzeża Hiszpanii. Tam w wieku XII ten mężny wojownik odbił miasto Alcaraz z rąk Maurów i w nagrodę król Alfons IV go uszlachcił, nadając nazwisko od nazwy miasta (nazwy hiszpańskie pochodzenia arabskiego mają przedrostek „al-”). Meksykańska rodzina Federica jest wspaniała i liczna, choć rodzice od dawna nie żyją: matka zmarła jak miał 5 lat, ojciec jak 15. Wychowała go babcia. Siostra z mężem i córkami mieszka daleko na północy w Durango. Aleksandra także w historii swojej rodziny ma wielonarodowe i wieloetniczne akapity. - Bardzo miłe i czyste miasto, w którym ludzie troszczą się o krzaczki i chodniki, w którym jest więcej drzew niż ludzi – mówi o Szczecinie pan młody. - Podobieństw nie widzi: kran się otwiera w przeciwną stronę, babkę się stawia na głowie, gra się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a nie tak, że następna jest zawsze osoba po prawej stronie...- to były pierwsze porównawcze refleksje Federica. - Latem było mu za gorąco i nie mógł się nadziwić, że tak wcześnie słońce wstaje i tak długo jest jasno, teraz jest mu za zimno, już marznie i boi się zimy, choć bardzo chciał zobaczyć śnieg na żywo – opowiada o mężu Ola. - Dotychczas jadał prawie samo mięso... przede wszystkim wołowe, teraz - z miłości do mnie, je owoce i warzywa, powoli, w nie za dużych ilościach, ale wytrwale. Kiedy Aleksandra wróciła do Polski, a Federico zbierał pieniądze na przyjazd, przez telefon wyznawał: „jem ogórki i tęsknię za Tobą”.
Dziś pracuje jako nauczyciel hiszpańskiego w szczecińskiej międzynarodowej szkole dla Polaków, wychowuje z Olą dwójkę dzieci i rozwija się – jak i żona -naukowo, społecznie i medialnie.

Gmina Wyznaniowa Żydowska

Klaudia Tarczyńska – Zylber, szczecinianka z urodzenia, na co dzień urzędnik miejskiego magistratu, nigdy nie ukrywała swoich żydowskich korzeni i sympatii. Od wielu lat jeździ do Izraela, utrzymuje stały kontakt z Żydami – nie tylko ze Szczecina, rozsianymi dziś po całej Polsce, ale także symbolicznie uczestniczy w obchodach ich świąt oraz ważnych rocznic. Kiedyś tego nie czuła i nie potrzebowała, dziś, wraz z wiekiem, powraca do korzeni, odzyskuje swoją historię, snuje wspomnienia, zbiera pamiątki, celebruje kontakty. – Ten świat tak szybko mija i jest wciąż tak niedoceniony i niezrozumiany – mówi z żalem o mijającym w niepamięć świecie żydowskim… Obecnie w Szczecinie mieszka tylko kilkudziesięciu Żydów, istnieje wciąż, choć już nie działa prężnie, jak przed kilkunastoma laty, Gmina Wyznaniowa Żydowska, zrzeszająca 62 członków, z czego część to podopieczni, traktowani jako członkowie.Obecnie statut mówi, że członkiem gminy może być osoba pochodzenia żydowskiego, która nie jest wyznawcą innej religii.. W Szczecinie działa również Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów przy Niemcewicza, które od lat prowadzi nieoceniona Róża Król. Gmina powstała w 1993 roku, z przekształcenia istniejącej w latach 1946-1993 Kongregacji Wyznania Mojżeszowego w Szczecinie w Gminę Wyznaniową Żydowską. W siedzibie działa dom modlitwy, w którym nabożeństwa celebrowane są we wszystkie szabaty oraz święta. Ponadto znajduje się tam także kuchnia koszerna wraz ze stołówką wydającą dziennie około 30 obiadów oraz biura. Gmina działa na podstawie statutu, opartego o konstytucję, ustawę o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej oraz statut wewnętrzny Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP. Na czele gminy stoi pięcioosobowy zarząd wybierany co cztery lata. Prowadzone są modlitwy szabatowe w sobotę rano oraz modlitwy w tradycyjne święta żydowskie, takie jak: Rosz Haszana, Jom Kipur, Pesahczy Sukot[, organizowane uroczyste obiady świąteczne czy kolacje. Gmina prowadzi dziś nadal stosunkowo szeroką działalność charytatywną, opiekując się osobami starymi, chorymi. Szczecińska gmina, w ramach restytucji, złożyła prawie dwieście wniosków o odzyskanie cmentarzy, synagog czy terenów posynagogalnych oraz domów związanych z działalnością gmin wyznaniowych. - Do działalności religijnej zaliczyłbym również prowadzenie kuchni rytualnej, koszernej – mówi Rozen. - Mięso do tej kuchni otrzymujemy ze Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich z Warszawy, a sprowadzane jest ono z Białegostoku. Wielu członków gminy to osoby starsze, które w ogóle nie chodzą albo wychodzą rzadko, więc obiady dowozi im się do domu. Część produktów żywnościowych, poza mięsem, kupujemy na miejscu, część przychodzi z Warszawy cyklicznymi dostawami. Mamy oczywiście wykaz od rabina, co możemy kupować, i według tego wykazu robimy zakupy. Kuchnia jest czynna cały tydzień, od poniedziałku do piątku, przygotowuje również posiłki na kidusz, posiłek po modlitwie szabatowej, tradycyjny, uświęcony posiłek. Obsługujemy się sami. Dzisiejsza sytuacja gospodarcza powoduje, że ludzie tracą pracę, a często mają dzieci na utrzymaniu. Są też młode osoby, które studiują i nie mają środków utrzymania. To problem, który wymaga nowych rozwiązań. My, Żydzi szczecińscy, nie radzimy sobie z tym… Poza tym problemem jest brak w Szczecinie rabina – wylicza pan Mikołaj. A brak rabina to brak przywódcy duchowego, a to dodatkowo dezintegruje naszą mniejszość. - i znających jidysz jest coraz mniej, umiejących prowadzić modlitwy – również. Moim zdaniem to wszystko pomalutku, pomalutku zamiera. Taka jest rzeczywistość….

Fuad Jomma i Iwona Bruździńska

Poznali się dziewięć lat temu w Słupsku. Iwona była studentką pedagogiki, a Fuad wykładowcą. Nie od razu wiedzieli, że będzie to miłość ich życia, bowiem obydwoje należą raczej do nieśmiałych. Istnieje pomiędzy nimi piętnastoletnia różnica wieku: Fuad jest koziorożcem zodiakalnym urodzonym w chińskim roku Węża, a Iwona zodiakalnym baranem z roku chińskiego Koguta, co według znawców bardzo dobrze wróży związkowi. Fuad pochodzi z syryjskiej części Kurdystanu.
Do Polski przyjechał .. na studia, bo Rząd Polski udzielał studiującym obcokrajowcom pomocy stypendialnej. 15 grudnia 1986. r. zaczął się jego, trwający do dziś, romans z Polską. Najpierw był Gdańsk, przez chwilę Łódź, gdzie uczył się języka polskiego, potem Słupsk, a od 5. lat mieszka na stałe w Szczecinie. – Do Szczecina zacząłem przyjeżdżać już w 2005., ale mieszkałem w Słupsku, bo tam miałem swój pierwszy etat – wyznaje. – Jednak Słupsk to dziura, więc aby dalej się rozwijać zamieniłem go na Szczecin, gdzie teraz jest moja pierwsza w Szczecinie, akademicka praca. Jestem politologiem i europeistą na Uniwersytecie Szczecińskim. Na pytanie: Jak ocenia Szczecin? – odpowiada: Szczecinowi jeszcze daleko do Gdańska, ale już dawno wyprzedził Słupsk…Lubię to miasto, wybrałem je ze względu na morze, które kojarzy mi się z moją pierwszą ojczyzną, Kurdystanem. Lubię więc spędzać czas nad Bałtykiem, np. w Rewalu. Ich obecne życie to powolne spełnianie marzeń. Ponieważ w ramach kredytu „Rodzina na swoim” kupili sobie mieszkanie w Szczecinie - Warzymicach, swoje życie podporządkowali domowi, miłości i rodzinie, które są dla nich najważniejszymi wartościami. – Dla kogoś takiego jak ja- niezależnego politycznie i partyjnie, życie i praca w Kurdystanie są niemożliwe – tłumaczy Fuad. – Tam od lat rządy sprawuje jedno ugrupowanie partyjne syryjskie, do którego wszyscy należą. A jeśli jest inaczej, nie mają czego szukać w Kurdystanie, bo nie dostaną ani pracy, ani nie dostaną się nawet na studia. Dlatego od zawsze moim marzeniem było studiowanie i mieszkanie na kontynencie europejskim blisko morza. Mimo iż różni ich wyznanie, bo Iwona jest praktykującą katoliczką, a Fuad niepraktykującym muzułmaninem, dzieci: szesnastoletniego Kaspra i trzyletnią Lorine, wychowują zgodnie z duchem chrześcijańskim i podług wspólnie wyznawanych przekonań, że każda droga, byleby nie krzywdziła innych, prowadzi do Boga, a najważniejsze w świecie i człowieku jest dobro, a miejsce zamieszkania oraz tzw. denominacja religijna, są tylko dodatkiem. Podobnie myślą także o legalizacji swojego związku. – To tylko świstek, przyjemny i ważny, ale świstek. – twierdzą zgodnie. – Cała moja kurdyjska rodzina, jak i zresztą Kurdowie w ogóle, są bardzo tolerancyjni i otwarci na innych. – opowiada Fuad. – Mamy też dystans do swojej religii, bardzo szybko wkomponowujemy się w inną kulturę, bo najważniejszy jest dla nas człowiek i jego wolność. W Szczecinie obecnie mieszka około 40.Kurdów. Z reguły są to mieszane małżeństwa, przy czym polska część związku jest z reguły piękna, bo Kurdyjki raczej nie wyprawiają się w świat z racji islamskich obyczajowych uwarunkowań… Szczecińska grupa, z którą w stałym i ciepłym kontakcie są Fuad z Iwoną składa się z lekarzy, aptekarzy, wykładowców i kucharzy. Kurdowie lubią jeść i lubią gotować. Ulubionymi potrawami, na co dzień przygotowywanymi w domu Jommów są: leczo po kurdyjsku (z mięsem wołowym), naleśniki z kalafiorem, pasta z cieciorki, zupa z soczewicy, czy potrawy z bakłażana. Przyprawą, bez której natomiast oni i ich obecne menu, nie mogą się obejść, jest kolendra. Niestety, ze względu na niewielką popularność tej kuchni w Polsce, po zakupy produktów i przypraw oraz najnowszych przepisów, jak i na degustacje i przeróżne kurdyjskie eventy, muszą jeździć do Berlina, największego skupiska Kurdów w Europie. Aktualnie w samych Niemczech Kurdów mieszka około miliona. – Z łezką w oku wspominam lata 80. w Polsce, wtedy w samym Szczecinie było około 200 Kurdów. To była mniejszość!! Mieliśmy nawet swój zespół ludowy. Dziś, aby świętować nasze najważniejsze w roku święto: Nowy Rok, który przypada wg kalendarza kurdyjskiego 1 dnia wiosny, czyli 21 marca, musimy wyjeżdżać z miasta albo wynajmować jakąś zwykłą knajpę i ściągać elementy tradycyjne wraz z muzyką z Berlina..W 2009 roku nawet – po raz pierwszy z resztą – nie uczciliśmy tego dnia, bo… nie mieliśmy czasu…Takie czasy…- skarży się Fuad. – Ale i tak moją pierwszą ojczyzną – pomimo polskiego obywatelstwa, będzie zawsze Kurdystan, bo ojczyzna jest głęboko w sercu- wyznaje. Dlatego codziennie, także z racji zawodu, po parę godzin spędza przed telewizorem i w Internecie, by śledzić na bieżąco zmiany i wydarzenia w swoim Kurdystanie.

Zielonoświątkowcy

W Szczecinie od ponad pół wieku funkcjonuje wyznaniowa mniejszość zielonoświątkowa. Do niedawna biskupem całego Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce był szczecinianin, polonista z wykształcenia, były nauczyciel akademicki, biskup dr Mieczysław Czajko. Obecnie wrócił do posługi w swoim zborze „Betania”, przy ulicy Wawrzyniaka, gdzie do niedawna mieściła się także bożnica prawosławna. Szczecińscy charyzmatycy, jak mówią o zielonoświątkowcach z racji pasji uwielbiania i spontanicznego oddawania hołdu Bogu, do 1960 roku nie mieli swego obiektu sakralnego, nabożeństwa odbywały się przy ul. Stoisława, w kaplicy pobudowanej przez niemieckich baptystów, a udostępnionej im przez metodystów, którzy byli głównymi najemcami. Potem zbór (czyli po prostu kościół) „Betania”, a jest to nazwa i biblijna, i historyczna, bo przed wojną cały kompleks przy Wawrzyniaka, diakonat luterański, nosił tę nazwę, powołał kilka zborów w okolicy, m.in. w Gryfinie, Goleniowie, Policach, a także na Prawobrzeżu samodzielny zbór „Betezda”, który do tej pory nie ma własnego obiektu sakralnego, gromadzi się w wynajmowanym pomieszczeniu. Wystarczy tylko wejść na kościelną stronę internetową, aby uzyskać szczegółowe informacji. - Żyjemy także życiem naszego miasta. – opowiada biskup Czajko. - W latach osiemdziesiątych właśnie z „ Betanii” emitowaliśmy chrześcijańskie programy radiowe na cały kraj, a także poza jego wschodnie granice. Zaangażowani jesteśmy też w pomoc dzieciom, sponsorowaliśmy wydanie „ Encyklopedii Szczecina”, organizujemy koncerty, a gdy pojawiło się jakieś nieszczęście, sami pomagaliśmy i innych zachęcaliśmy do pomocy – wspomina. - Zapraszamy na nasze nabożeństwa niedzielne w każdą niedzielę od godz. 10.00. Poza tym zbieramy się prywatnie, pomagamy sobie, wspieramy się w trudnym chwilach, organizujemy wspólne wyjazdy modlitewne i ewangelizacyjne. Żyjemy zgodnie w Pismem Świętym i staramy się cieszyć każdą chwilą życia z Panem Bogiem. Wierzymy, że i Szczecin jest ukochanym miastem Boga. Podobnie jak każdy z nas, jego mieszkańców.

Carlos Corquera i Teresa Szuster

Szczecin – poza systematycznymi dostawami bananów w latach 80. – nie miał dotąd zbyt wiele wspólnego z Panamą. Od 2009roku ma. Dwóch obywateli Panamy jest obywatelami także Szczecina. Jednym z nich jest Carlos, człowiek morza, a morze – wbrew pozorom – poza brzegami, nie ma ograniczeń, ni narodowości. Poznali się w 1984. roku w szczecińskim akademiku. - Żona przyszła jako towarzyszka znajomych, poproszona o to przez koleżankę. Nie od razu zaiskrzyło – mówi Carlos, szczecinianin z Panamy, jednego z najlepiej rozwijających i stabilnych krajów w Ameryce Łacińskiej. – Spotykaliśmy się potem jeszcze przez 2 lata, zanim się w sobie zakochaliśmy i wzięliśmy ślub – wyznaje.
Carlos urodził się w nadmorskiej miejscowości Amirante, słynącej z upraw i eksportu bananów, jako jeden z siedmiorga rodzeństwa. Rodzice byli związani z medycyną, dlatego gdy miał 4 lata wyprowadzili się do Panamy, gdzie potrzebowano lekarzy. W związku z trudnym ekonomicznym położeniem, Carlos musiał wyjechać na studia do Polski, gdzie rząd panamski organizował wówczas m.in. stypendia zagraniczne dla najlepszych studentów. Jednym z trójki najlepiej zapowiadających się w 1979 r. w Panamie studentów Akademii Morskiej, był właśnie Carlos i dzięki stypendium Ministerstwa Edukacji Panamy, mógł wyjechać na studia do Polski. Długo się jeszcze wahał, ale gdy dowiedział się, że za tą żelazną kurtyną Polska właśnie zajmuje najlepsze miejsce w dziedzinie tonażu zbudowanych statków i że ma Papieża Polaka, przestał mieć wątpliwości. 23 sierpnia 1980 r. wraz z kolegą wsiadł do samolotu, lecącego do Warszawy i wyruszył na studia budowy okrętów. Te same, o których marzył i których nie skończył jego ojciec. – To w sumie dzięki ojcu jestem dziś w Szczecinie – opowiada. – To on najpierw sprzedał mi (przekazał) swoje marzenie, a potem jeszcze zabronił je realizować (śmiech). To mi wystarczyło, by chcieć je spełnić – ironizuje. Polska przywitała go fatalną pogodą, piorunami, ulewą, wiatrem. Potem było jeszcze gorzej, bo na lotnisko przyjechali po niego pijani członkowie ówczesnego ramienia PZPR, czyli Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. – Nie przestraszyłem się jednak, podjąłem wyzwanie tym bardziej, bo trudne wyzwania mnie pozytywnie nastawiają do życia i aktywizują moje siły. I tak też się stało. Nie miałem odwrotu. Musi być dobrze i jeszcze lepiej – pomyślałem i tak się stało. – opowiada po latach z uśmiechem. – Zdążyli się już naszaleć, gdy przez 5 lat po ślubie, zaraz po ekonomicznych studiach Iwony, mieszkali w Panamie. Przywieźli stamtąd dobrą pogodę ducha oraz …pierwsze dziecko, Daniela. Drugie dziecko, 15-letnią dziś córkę Karinę, przywitali już po powrocie do Szczecina. W związku z tym, że oboje są wyznania rzymskokatolickiego, nie ma pomiędzy nimi różnic i konfliktów w patrzeniu na wychowanie i rodzinę oraz priorytety. Uwielbiają swój Szczecin, jedynie czego im dziś brakuje, to słońca i jasności. Zwłaszcza jesienią...

Joanna Giza
Trwa ładowanie komentarzy...